proszę, wyłącz adblocka
reklamy na leftlane.pl nie zasłonią ci żadnych treści,
nie będą też same z siebie wydawały dźwięków

{module_contentholder,name="reklama750"}

28 PAŹ 10:00

PIOTR LISOWSKI

ZDJĘCIA: M7FOTO.PL

TEST

OPEL INSIGNIA

{module_contentholder, name="paz15_U94683"} {module_contentholder, name="paz15_U94682"}

Jednym z aut które chcą być premium, ale mają zły znaczek, jest ten – naprawdę bardzo ładny – Opel. Możecie go kupić i czuć się premium, jeździć wygodnie i mieć na pokładzie wszystkie bajery świata. Oczywiście jeżeli tylko zaakceptujecie, że to Opel. A wszystko co jest droższe, to tylko zmiana znaczka i wentylowane fotele.

Za 130 000 – 150 000 zł możecie kupić naprawdę bardzo dobry samochód z wyższej półki, zaspokajający wszystkie potrzeby wymagającego kierowcy. Ta kwota pozwala na wyjechanie z salonu dosyć dużym, rodzinnym autem, które w dodatku ma bardzo bogate wyposażenie. Zazwyczaj jest nawet trochę więcej funkcji, niż dopuszcza rozsądek.

Problem w tym, że Opel nie kojarzył mi się z niczym dobrym przez bardzo długi czas. To była marka, z której często robiłem trochę czerstwe i podłe żarty. Ale wszystko ma swoje przyczyny. Jedną z nich był model Calibra, który trafił w bardzo złe grono odbiorców. Ci zazwyczaj okrywali głowy czapkami z daszkiem w kolorze białym, mieli paski na ortalionie i porozumiewali się charakterystycznym, donośnym dialektem.

Ale Calibra była tania, łatwo dostępna, trzeba zrozumieć. Przez to wszystko liczba krążących po Sieci samowolnych modyfikacji tego modelu, była zaskakująco duża. Można to sobie zobrazować wpisując w Google „calibra tuning”. Kojarzyłem jeszcze Vectrę, którą parę razy jeździłem. Pamiętam, że tam w środku, zawsze coś było mocno przetarte, albo uszkodzone. Nigdy też nie przyszła mi do głowy myśl w stylu: byłbym szczęśliwym człowiekiem, gdybym tylko miał tego Opla.

Tymczasem w 2008 roku pojawiła się Insignia i trochę zrobiło mi się głupio. Jakoś trudniej było mi się śmiać z Opla, bo Insignia, nawet w wersji przed liftingiem, wciąż mi się podoba. Linia nadwozia, światła, przód, tył, nadkola, proporcje, wszystko do siebie pasuje. Poza tym zaczęły docierać do mnie zachwyty nad tym samochodem. Od opinii w Internecie, w gazetach, po pozytywne wyrazy wydobywające się z ust znajomego właściciela.

Opinię Opla poprawił również mój mały, niedoceniany bohater, Opel Karl. Najtańszy i najmniejszy model z oferty. Trochę się go bałem przed testem, bo zwrot "tani Opel" nie kojarzył mi się z niczym dobrym. Tymczasem miejskie auto było zaskakująco komfortowe i dobrze wyposażone. Jeżeli miałbym komuś polecić jakiś miejski samochód i chciałbym, by mnie później nie unikał, poleciłbym właśnie Karla. Tak właśnie. Świadomie, z dobrych chęci, poleciłbym Opla przyjacielowi.

Z zewnątrz

Kluczyki do Insigni odbierałem 9 października i w trakcie czekania na formalności, przypomniałem sobie, że to wciąż pierwsza generacja auta, produkowana od 7 lat! To kupa czasu, a Opel zafundował tylko kilka liftingów, a chyba każde auto, po 7 latach, zaczyna wyglądać staro. Monotematycznie, ja wiem, ale Insignia wciąż bardzo mi się podoba.

Trzeba to docenić, bo np. Mercedes modelem CLA udowodnił, że podobny zamysł na kształt nadwozia, może wyglądać dużo gorzej. Aha, ostatnia zmiana w Insigni zaszła w tym roku. Pod maską zadebiutował 170 konny diesel, w który wyposażony był właśnie model testowy, ten ze zdjęć.

Wnętrze

Stylistycznie, mimo wszystko, wnętrze wydaje się klasę niżej, w zestawieniu z linią karoserii. Ale to jest jeszcze zwykłe marudzenie, bez konkretnego powodu. Bardziej znaczącym problemem jest to, że po aucie o długości 4,8 metra, spodziewałem się więcej miejsca w środku. Tymczasem kierując Insignią w osobie własnej, o wzroście 191 cm i z pasażerem 180 cm za plecami, miałem ciasno. By nie zgnieść mu kolan, musiałem podsunąć się do przodu, w mniej wygodną pozycję.

Poza tym siedząc w środku wzrok przyciągają dwa duże ekrany LCD. Możemy mieć tam wszystkie ustawienia komputera, nawigację, liczniki analogowe, cyfrowe, każdą dowolną informację w komputera. Był też ładny kolor skóry, ciemne wykończenie podsufitki. Poza tym na siedzeniach i dywanikach jest... odwrócone logo butów Nike. Nie wiem o co z tym chodzi, ale martwię się nieco, mając z tyłu głowy, jak skończyła Calibra.

W mojej wersji był nawet touchpad! Niemal jak w Lexusie, z tym że Opel zamontował go w złym miejscu. By do niego sięgnąć, trzeba wyginać rękę tak bardzo, że ostatecznie wygodniej było mi korzystać z ekranu dotykowego. Ten na szczęście działał bez większych problemów.

Silnik

To jasny punkt programu. Ma 2 litry pojemności, 4 cylindry, zasilany jest olejem napędowym i ma turbodoładowanie. Moc 170 KM i moment obrotowy 400 Nm, pozwalają naprawdę sprawnie przemieszczać się po trasie, bez stresu przed manewrem wyprzedzania.

Jeżeli chodzi o papierowe osiągi, a nie subiektywne odczucia jakiegoś kolesia z Internetu, jest już trochę mniej optymistycznie. Insignia waży od 1428 kg, do 1741 kg. Masa egzemplarza testowego jest mi nieznana, ale obstawiam, że to bliżej tej drugiej wartości. Świadczy o tym np. przyspieszenie do 100 km/h, które zajmuje katalogowo 9,4 sekundy.

W wielu samochodach, patrzę na parametry momentu, mocy i dochodzę do wniosku, że pewno będzie sprawnie wyprzedzał. Potem wsiadam i okazuje się, że wyprzedzanie jest jednak okupione lekkim strachem o własne życie. Tak było np. w Nissanie Juke 1.2 turbo – 115 KM, czy w Fordzie Grand C-Max – 150 KM. Niby jeden i drugi potrafił wyprzedzić, ale moc papierowa, sugerowała mi nieco sprawniejsze przyspieszenie, od tego, co przyniosło subiektywne odczucie w trasie.

Tymczasem gdy wsiadam np. do Opla Corsy 1.0 – 115 KM, niczego dobrego się nie spodziewam, a auto wyrywa do przodu sprawniej, niż się zakładałem. I tu płynnie przechodzę do Insigni 2.0 TDCI 170 KM, która pomimo dosyć powolnego sprintu do setki, z wyprzedzaniem radzi sobie dobrze. To m.in. zasługa 400 Nm dostępnych już od 1750 obr./min. Silnik, nawet gdy mamy niski bieg, rewelacyjnie reaguje na wciśnięcie gazu. Insignia przyspiesza natychmiast.

Spalanie

Kolejnym atutem Insigni jest spalanie. Nie do końca wiem jak to możliwe, patrząc na moc, masę i gabaryty. Tak czy inaczej Opel, przy prędkościach 120-140 km/h, zużył tylko 6,2 litra oleju napędowego na 100 km. Całkiem nieźle, zwłaszcza że na pokładzie miałem aż 4 osoby.

Podsumowanie

Mam nadzieję, że Insignia 2, jeżeli kiedyś się pojawi, będzie miała więcej miejsca w środku – na nogi pasażerów tylnej kanapy. Być może ten problem rozwiązuje wersja hatchback lub kombi, ale nie dane mi było jeździć tymi odmianami. Przydałyby się też większe lusterka i lepsza pozycja za kierownicą. Bo kształt, sylwetka, silnik, multimedia i wygląd detali, są już na bardzo dobrym poziomie.

Insignia nie jest samochodem tanim. Ceny startują od 85 750 zł, o ile pasuje wam wyposażenie podstawowe. Moja Insignia była w wersji Cosmo, a wersje wyposażeniowe są cztery i ta jest druga od góry. Ceny Cosmo zaczynają się od 107 150 zł, dzięki czemu dostaniemy m.in… dwutonowy klakson. Bardziej istotny jest fakt, że za te pieniądze pod maską pracuje 1.8 benzyna o mocy 140 KM, ale bez turbo. Momentu obrotowego jest wtedy niewiele – 175 Nm.

Zainstalowanie 2 litrowego diesla o mocy 170 KM, redukującego stres przy wyprzedzaniu, jak w egzemplarzu testowym, podnosi cenę do 122 750 zł. To wersja ze skrzynią manualna i napędem na przód, ale obie rzeczy można zmienić. 18 calowe felgi są w cenie. Do obecnego tutaj lakieru perłowego Mahogany, doliczyć trzeba 2500 zł. Do tego dochodzi bardzo fajna tapicerka skórzana „premium Brandy” za – uwaga – 14 500 zł! Standardowo mamy siedzenia materiałowe. Jednak spokojnie, za najtańszą skórę dopłacić trzeba 4000 zł. Ale jest też jeszcze droższa skóra – Indian Night – wymagająca dopłaty... 16 900 zł.

Do tego dochodzi pakiet Asystent Kierowcy 2, za 4000 zł. Dzięki temu mamy m.in. adaptacyjny tempomat, automatyczne światła drogowe, czujniki kolizji, rozpoznawanie znaków. Jeżeli wszystko dobrze policzyłem, Insignia ze zdjęć kosztuje 146 350 zł. Zabrakło chyba tylko dachu panoramicznego, tutaj był zwykły szyberdach.

Insignia w najdroższej wersji silnikowej i wyposażeniowej – Executive – ale bez żadnych dodatkowych pakietów, których jest bez liku, kosztuje 155 950 zł. Wtedy mamy nawet Insignię Hatchback, a nie Sedan, jak w moim przypadku. Auta wyglądają niemal identycznie, z tym że tylna klapa sięga nieco dalej i otwiera się razem z szybą. Pod maską pracuje wtedy silnik 2.0 turbo – 250 KM, a napęd przenoszony jest na 4 koła za pośrednictwem skrzyni automatycznej. Wyżej jest już tylko Insignia OPC z 325 konnym silnikiem 2.8 V6 i napędem 4x4 – 205 500 zł.

ZOBACZ TAKŻE