Koszmarnie brzydki, ale bardzo praktyczny

Ostatnie 7 dni spędziłem za kierownicą Suzuki Ignis, którym w ogóle nie spodziewałem się jeździć, bo umówione miałem S-Cross.

Jak widać wyszło inaczej i dostałem kluczyki do Ignisa. Co to jest? To taki mniejszy Swift, który jest koszmarnie brzydki, ale za to niesamowicie pojemny i praktyczny jak na swoje gabaryty.

Miejsca na tylnej kanapie jest dużo – i to z perspektywy 1,9 m wzrostu. Mamy też 18 cm prześwitu, więc można śmigać po wysokich krawężnikach.


Teren? Żaden problem, bo opcjonalnie auto może być wyposażone w napęd na 4 koła (ten egzemplarz go miał). Jest też automat, ale niestety nie da się mieć 4×4 i automatu jednocześnie. Albo jedno, albo drugie.

Auto niesamowite wrażenie robi gabarytami. Ma zaledwie 3,7 m długości – to 41 cm mniej od nowej Skody Fabii! Przez to parkowanie Ignisem to czysta przyjemność. Każde miejsce parkingowe jest odpowiednich rozmiarów, żeby się tam zatrzymać.

Pod maską mamy oszczędny silnik (mikrohybryda / mhev). Na tle konkurentów jest unikalny w kwestii 2 aspektów. Pierwszy jest taki, że silnik wciąż ma 4 cylindry, podczas gdy konkurencja wszędzie pakuje 3 cylindry.

Drugi aspekt – brak turbiny. Trwałość może i jest lepsza, ale by wykrzesać z tego silnika maksymalną moc, trzeba go wkręcać pod czerwone pole obrotomierza. Auto wtedy zbiera się sprawnie, jak na swoje 83 KM, ale robi przy tym niesamowicie dużo jazgotu.

Na szczęście przy codziennej jeździe, bez rajdowych zapędów, silnik zachowuje się cicho. Poza tym trzeba przyznać, że mamy trochę mniej komfortu, niż średnia oferowana przez segment B. A reszta jest na filmie.