Holden znika z rynku, czyli jak Amerykanie zabili australijską motoryzację i wszystkich oszukali

Po zdefraudowaniu publicznej dotacji i wiecznym robieniu idiotów z Australijczyków ogłoszono, że lokalny Holden po 165 latach przestanie istnieć. To jednak tylko formalność – ta marka tak naprawdę umarła dawno temu. Morał? Uniwersalny, strzeżcie się interesów z General Motors.

Stało się. W ciepły, lutowy poniedziałkowy poranek australijskie media obiegło wystąpienie przedstawiciela Holdena, który z ponurą miną i szczerym przygnębieniem ogłosił przed kamerami, że istniejąca od lat 60. XIX wieku firma decyzją General Motors, zostanie zlikwidowana z dniem 1 stycznia 2021 roku.

Jak wykończono Holdena – akt pierwszy

To ogromny cios w narodową dumę i tożsamość Australijczyków – przez ostatnie 61 lat produkcji samochodów Holden był dla tego 20-milionowego społeczeństwa integralną częścią krajobrazu, elementem lokalnego DNA, czymś tak naturalnym, jak wielkie pickupy w Stanach Zjednoczonych i stare Łady w krajach byłego ZSRR.


Australia miała różne motoryzacyjne epizody z lokalnie skonstruowanymi pojazdami, jednak to Holden przeżył wszystkie epoki. Przetrwał erę wielkich widlastych silników i masywnych nadwozi. Przetrwał erę kanciastych kształtów, erę krągłych linii, krzykliwych linii… Jednak z jednym nie dał rady.

Nawet najbardziej wiekowe imperium może upaść, jeżeli będzie źle zarządzane, uparcie sabotując swoją rynkową pozycję. Nawet największy narodowy skarb stanie się nadętą wydmuszką i bezwartościowym korporacyjnym wytworem, jeżeli stery nad nim przejmie motoryzacyjny Midas.

Tak naprawdę – Holden nie żyje już od dawna

A dokładniej mówiąc – jego przeciwieństwo, bo tak można określić działania General Motors na przestrzeni ostatnich lat wobec różnych podległych mu marek. Śmierć Holdena to efekt powtarzania podobnych błędów, które utopiły Saaba, nadszarpnęły kondycję Chevroleta i prawie zabiły Opla.

Nie wspomniano o tym, że decyzja o likwidacji Holdena wywołała szok wśród Australijczyków – bo go nie było. Dla wielu taka informacja to czysta formalność, będąca wyczekiwanym ukróceniem kompromitującej agonii tej marki, która zaczęła się dawno temu. Holden bowiem pierwszy raz umarł już w 2017 roku.

To wtedy z fabryki w Elizabeth obok Adelaide wyjechał ostatni Holden VF Commodore – a z tym dniem zakończyła się historia australijskich samochodów. Model ten był ostatnim pojazdem skonstruowanym przez australijskich inżynierów i produkowanym lokalnie, kończąc pewną długą epokę. I wywołując wściekłość opinii publicznej.

Weźmy państwową dotację na rozwój i zamknijmy interes

Australijczycy mieli do tego pełne prawo, choć pozornie koniec australijskich samochodów wywołał raczej nostalgię i ból. W końcu Commodore jeździły kolejne pokolenia. Lokalnymi Holdenami woziła się policja, a niegdyś i premier Australii. Marka ta wrosła w lokalny grunt jak kangury, surfowanie i BBQ.

Gdy jednak rozgoryczenie i smutek ustąpiły, na powierzchnię momentalnie wypłynęli wściekli ci, którzy poczuli się zwyczajnie oszukani i okradzeni przez General Motors. Rok przed podjęciem decyzji o zamknięciu fabryk, Holden wziął bowiem ogromną rządową dotację na… dalszy rozwój.

Australijska marka zarządzana przez Amerykanów otrzymała w marcu 2012 roku 270 milionów $ wsparcia z publicznych pieniędzy, aby inwestować w lokalny przemysł i biura konstrukcyjne. Centrala w Detroit rok później jednak negatywnie oceniła plany i podjęła decyzję o likwidacji wszystkich operacji w Australii w 2017 roku.

Pseudoaustralijskie Ople? To nie mogło się udać

Po tym, jak australijskie samochody przestały istnieć w październiku 2017, General Motors postanowiło dać Holdenowi drugie życie. Odtąd firma miała firmować swoim logo samochody wyłącznie z importu, sprzedając je pod własną marką. Klienci jednak poczuli się potraktowani jak idioci – i przekuli swoje odczucia w czyny.

To już nie są prawdziwe Holdeny i nie będziemy ich kupować. Głośni krzykacze z internetu? Ależ skąd – to były odczucia tysięcy australijskich konsumentów, co doskonale odzwierciedliły wyniki sprzedażowe Holdena w kolejnych latach. W 2017 roku sprzedano 90 tys. aut. Rok później 60 tys. W 2019 – 43 tys.

Tuż po zakończeniu sprzedaży australijskich Holdenów, popularność marki wylądowała na dnie. W 2014 roku – drugi producent samochodów w Australii. W ubiegłym roku – dziesiąty. Oferowanie mdłych Chevroletów i Opli pod lokalną marką sprawdzało się jako tło do lokalnie produkowanej oferty, a nie jako wszystko, co Holden jest gotowy zaoferować swoim rodakom.

3 lata upokorzeń i kompromitacji na oczach 20 milionów

Czarę goryczy przelało wprowadzenie na rynek w 2018 roku produkowanego w Niemczech Opla Insignia, nazywając go… Holden Commodore. Australijczycy potraktowali to jako niesmaczny żart i profanację, a niektórzy jako cyniczny sygnał od GM – chcieliście Commodore to macie, na nic innego nie liczcie.

Jak nie trudno się domyślić – samochód odniósł spektakularną porażkę. W czasie, gdy “prawdziwy” poprzednik w ostatnich latach sprzedawał się średnio w liczbie 30-40 tys. sztuk, w 2019 roku kupiono w całej Australii 5 tysięcy Commodore’ów. I jeszcze przed końcem roku ogłoszono koniec importu tego modelu.

Dopełnieniem tej katastrofy było strzelanie fochów na głos krytyki. Tak – zamiast przedstawić konkretną wizję i przekonać do kupowania Holdenów, władze firmy wypowiedziały… wojnę hejterom i złośliwcom, tracąc przy tym resztki godności i trwoniąc ostatki kapitału, jaki budowano w pocie czoła przez 160 lat.

Likwidacja Holdena to formalność – i przestroga

Mając na względzie wyżej przedstawione informacje, ogłoszenie decyzji o likwidacji Holdena można potraktować jako formalność będąca ukróceniem i tak zbyt długiej agonii tej marki. To coś, czego cicho spodziewała się większość australijskich petrolheadów – teraz oddychając z ulgą, wycierając cieknącą łzę.

Nie da się w końcu ukryć, że to prawdziwy koniec – nie częściowy, jak w 2017 roku, ale na całego. Ostatnio nie można było już kupić australijskich Holdenów – od 1 stycznia 2021 roku nie będzie ich można kupić wcale, ani w Australii, ani w Nowej Zelandii, nigdzie. Z rynku znika jedyna australijska firma.

Niebawem kraj ten dołączy do grona, które nie ma żadnego wkładu w przemysł motoryzacyjny – brak własnych marek, własnych fabryk, własnych konstruktorów, nic. Wszystkie samochody są importowane z zagranicy. Boli, prawda? To, jak GM zagrało na nosie Australijczykom to nie pierwszy taki przypadek.

Nam GM też serwowało iluzoryczne przekonanie, że FSO przetrwa zawirowania i będzie dalej produkować samochody. W 2007 roku jednak zabrano zabawki, a Żerań ostatecznie zaorano. Całą Europę GM opuściło 10 lat później. Podobny los spotkał Indie, Rosję i RPA, a niebawem pozostałe kraje z ruchem lewostronnym.

W tych krajach GM miało silną pozycję, produkując lokalnie popularne samochody. W ostatnich latach Pani Prezes Mary Barra oceniła jednak, że to się już nie opłaca i pora uciekać. Odejść można w dobrym stylu, a można wychodząc na skompromitowanego krętacza. Niech przypadek Holdena będzie nauczką – nie robić interesów z General Motors.