Nowy Meksyk po koreańsku – test Hyundaia Santa Fe 2.0 CRDI 8AT 4WD 185KM Platinum

Gdy dowiedziałem się o tym, że będę testował trzecią generację dużego SUVa Hyundaia rodem z Ameryki, byłem do tego testu bardzo pozytywnie nastawiony.

W końcu trzy lata wcześniej prawie bym kupił Tucsona, który szczerze mnie zachwycił podczas jazdy próbnej. Na drodze do szczęśliwego zakupu stanął wpis na forum „hyundaiowiczów”, który ostrzegał przed hałasem wydobywającym się z tylnego zawieszenia w niektórzy egzemplarzach.

W testowanej sztuce wszystko było idealnie, ale żona uparła się na jasną tapicerkę. Egzemplarz z taką tapicerką pojawił się w salonie w Łodzi, ale jak się można domyślać ta sztuka niemiłosiernie hałasowała właśnie z tylnego zawieszenia. Na myśl przywodziła jazdę Żukiem. Dlatego po powrocie do Warszawy podpisaliśmy umowę na zakup Qashqaia.


Minęły trzy lata, więc przypuszczałem, że takie wpadki nie mają już prawa się zdarzać, a i klasa modelu wyższa, więc będzie tylko lepiej niż w Tucsonie. Na wstępie okazało się, że nie jest to wersja 2.2 CRDI 200KM, ale zaledwie 2.0 CRDI 185KM – jak się później okazało jest to najjaśniejszy punkt Hyundaia Santa Fe.

Zdziwiło mnie również, że Hyundai nie oferuje w Polsce silnika benzynowego 2.0 T-GDI 235KM, który oferowany jest np. w Stanach Zjednoczonych (opracowany wspólnie z Chryslerem i Mitsubishi a napędzający w stosownej wersji Lancera Evo X).

Z kolei w Wielkiej Brytanii ten model oferowany jest wyłącznie z silnikiem 2.2 CRDI, więc co kraj to obyczaj. Wszystko przez koszty, które musi ponosić importer certyfikując każdą konfigurację wyposażenia z osobna, a także przez limity emisji CO2, które przy mocniejszych silnikach trzeba nadrabiać trudnymi w sprzedaży bezemisyjnymi autami elektrycznymi.

Silnik

Zacznę od wspomnianej największej zalety Hyundaia Santa Fe. Dwulitrowy silnik 2.0 CRDI 185KM z 8-biegową skrzynią automatyczną robi dokładnie to, co do niego należy, bez żadnego ociągania i ani przez moment nie ma się wrażenia, że brakuje mu mocy.

Maksymalny moment obrotowy 400Nm pojawia się już przy 1750 obrotach. Katalogowo przyspieszenie do setki zajmuje 10,3 sekundy, ale ma się wrażenie, że wszystko dzieje się dużo – szybciej szczególnie przy wyprzedzaniu.

Tym bardziej bezcelowy staje się zakup wersji 2.2 CRDI 200KM, który dodaje zaledwie 15KM a ze względu na podatek akcyzowy kosztuje o 37.000PLN więcej od 2.0 CRDI 185KM. Kia w przypadku Sorento darowała sobie wersję 2.2 i ma w cenniku tylko pojemność 2.0. Katalogowo silnik 2.0 CRDI spala średnio 6.8-7.4 litra oleju napędowego na 100km.

Wnętrze

Silnik okazał się największą zaletą, ale już miejsce, które dla niego wygospodarowano jest wg mnie najpoważniejszą wadą. Wszak Santa Fe jest modelem „światowym” i pomimo oferowania na europejskim rynku tylko wersji z 4-cylindrowymi silnikami, to np. w krajach arabskich można go kupić wyposażonego w prawie 300-konny 3.5-litrowy silnik V6. Powoduje to oczywiście, że maska jest bardzo długa, a po podniesieniu samej maski ukazuje się przestrzeń tak duża, że 2-litrowy silnik wygląda bardziej niż niepoważnie.

Skutkiem jest przesunięcie kabiny do tyłu. Dlatego wnętrze, pomimo 4.77m długości całego samochodu, sprawia wrażenie ciasnego. Przynajmniej dla kierowcy o wzroście aż 196cm. Czarę goryczy przepełnia szyberdach, który zabiera bardzo dużo miejsca nad głową. Co gorsza podsufitka kryjąca mechanizm schodzi jeszcze niżej, tuż nad głową, skazując wysokiego kierującego na pozycję półleżącą. Zaś pasażera z tyłu – na pochylenie głowy w prawo. Przy takiej konfiguracji niemożliwe jest również rozłożenie trzeciego rzędu siedzeń.

Sytuacja zmienia się diametralnie przy kierującym o wzroście 175cm. Wtedy miejsca nie brakuje, a jedyną niewygodą jest wysoka podłoga przed trzecim rzędem siedzeń skutkująca wysoko zadartymi kolanami.

Jedynym słowem – jeśli zamierzasz kupić 7-osobowy samochód dla rodziny obdarzonej ponadprzeciętnym wzrostem, to poszukaj u innego producenta albo przynajmniej sprawdź przed zakupem czy Twoja rodzina ma szansę się do Santa Fe zmieścić. W takim wypadku również zdecydowanie odradzam wybór szyberdachu.

Należy też wspomnieć o bardzo niewygodnych fotelach, które już po godzinie jazdy dają się we znaki zarówno kierowcy jak i pasażerowi. Niezrozumiały jest również prawie zerowy udział pianki w konstrukcji podłokietnika pomiędzy fotelami, jak i na drzwiach.

Dodatki

Nowocześnie zaprojektowana sylwetka Santa Fe sugeruje wykorzystanie wszystkiego, co dostępne w motoryzacji. We wszystko mającej wersji wyposażenia Platinum mamy zatem m.in. asystenta utrzymywania pasa ruchu, który jednak włącza się i wyłącza kiedy ma na to ochotę.

Przez większość czasu jest idealnie i ma się wrażenie, że samochód „widząc” pasy jedzie sam, aż tu nagle na zakręcie zaskakuje odmową współpracy, przez co samochód kieruje się na drugą stronę jezdni lub na pobocze. Dodatkowo natrafiłem na momenty, kiedy szarpał kierownicą w przeciwną stronę, kiedy nagle musiałem coś ominąć na drodze. A to już było lekko niebezpieczne.

Santa Fe był wyposażony również w elektrycznie otwieraną klapę bagażnika, która powinna się otwierać przy podejściu z kluczykiem w kieszeni. Nigdy jednak nie udało mi się do tego doprowadzić.

Idealnie działającym „gadżetem” jest za to system wyboru trybu jazdy pomiędzy jazdą eko, komfortową i dynamiczną. Ma ona dodatkowy tryb Auto, który przełącza się zależnie od naszego aktualnego stylu jazdy.

Np. jedziemy autostradą i po pewnym czasie włącza się tryb eko a gdy nagle musimy wyprzedzić i wciskamy mocno na gaz, to w mgnieniu oka trym zmienia się na dynamiczny, żeby po jakimś czasie znowu powrócić do eko. Aż dziw, że w samochodach, którymi do tej pory jeździłem istniał wyłącznie sztywny wybór trybu.

Drugim elementem wyposażenia, który świetnie działał, jest schowany w deskę rozdzielczą wyświetlacz Head-Up Display. Podobno jest to najjaśniejszy wyświetlacz na rynku, a dodatkowo obraz wyświetla się na szybie, a nie na jakiejś głupawej wystającej szybce jak u konkurencji. Jedyny problem był taki, że przy moim wzroście brzegi obrazu znikały poza ramką i jedynym rozwiązaniem była wspomniana półleżąca pozycja za kierownicą.

User Experience

Po oddaniu Santa Fe do Hyundaia wpadłem na pomysł podszycia się pod „zainteresowanego klienta”, aby dowiedzieć się jak dealerzy marki podchodzą do sprzedaży najdroższego modelu za prawie 220.000PLN w testowanej wersji. W tym celu wybrałem się do jednego z warszawskich salonów, gdzie przywitała mnie kompletna cisza.

W salonie nie było ani jednej sztuki Santa Fe, za to kilka sztuk Tucsona we wszystkich kolorach tęczy. Siedzący za biurkiem handlowiec zapytany o to czy można obejrzeć Santa Fe bez podnoszenia wzroku odpowiedział, że Santa Fe nie jest dostępny, bo jeździ nim Pani Prezes… Z kronikarskiego obowiązku odnotowałem również brak folderów Santa Fe na stosownych stojakach.

Nie poddając się tak łatwo wybrałem się do drugiego warszawskiego salonu. Tam na wejściu zostałem mile przywitany przez Panią na recepcji, która poprosiła handlowca, żeby zaprezentował mi Santa Fe, bo w samym salonie również nie było żadnej wystawionej sztuki. Zostałem zaprowadzony na plac do sprzedanego już egzemplarza czekającego na odbiór.

Dowiedziałem się tam, że wersja 2.2 CRDI jest „papierowa”, bo wszyscy klienci z podanych wcześniej powodów kupują Santa Fe z silnikiem 2.0 CRDI. Korzystając z okazji wsiadłem do Tucsona, który w najnowszej odsłonie ma deskę niczym nieróżniącą się od Santa Fe. Jednakże ku mojemu zdziwieniu, aby wygodnie usiąść, musiałem podsunąć fotel kierowcy do przodu, co zdarza mi się nad wyraz rzadko. Miejsca nad głową również było tyle ile trzeba. Gdybym uparł się na zakup Hyundaia, to nie zastanawiałbym się ani chwili, który model wybrać.

Pozostawała jednak kwestia 7 miejsc, których Tucson nie oferuje. Wybrałem się zatem do konkurencji. Na pierwszy ogień trafiłem do salonu Skody. Po wejściu nikt nie zwrócił na mnie uwagi, ale gdy zająłem miejsce za kierownicą Kodiaqa doznałem szoku. Miałem wrażenie jakbym siedział w samochodzie z wyższej półki w porównaniu z Santa Fe, zarówno pod względem designu wnętrza, użytych materiałów i wygody. Nie było również problemu z siedzeniem na tylnej kanapie przy fotelu kierowcy ustawionym pod mój wzrost. 3:0 dla Skody.

Następne kroki skierowałem do salonu Peugeota, aby obejrzeć 7-miejscowy model 5008. Tam od razu podszedł do mnie handlowiec z ofertą pomocy, co wyróżniało salon spośród pozostałych. Samo wnętrze 5008 już nie było tak przekonujące. Deska wydawała się mocno przekombinowana. Wydawało się, że miejsca nad głową było jeszcze mniej niż w Santa Fe a dramatu dopełniał obowiązkowy stoliczek na oparciu fotelu kierowcy, przez co jako pasażer musiałem zająć pozycję uznaną powszechnie za ginekologiczną. Plusem za to były fotele w trzecim rzędzie, które można wyjąć z samochodu dzięki czemu w bagażniku pojawia się sporo więcej miejsca.

Później już nastąpiła tylko krótka wizyta w salonie VW, gdzie nawet nie było dostępnego Tiguana w wersji Allspace a wystawiony (i jak głosiła kartka za szybą sprzedany) standardowy Tiguan robił jak najgorsze wrażenie swoim wnętrzem. Prawdopodobnie kupujący nie zaznaczył żadnej opcji w konfiguratorze, ale wrażenie pozostało bardziej niż słabe.

Ostatnia wizyta była krótsza niż mógłbym to sobie wyobrażać. W salonie Seata w którym chciałem obejrzeć model Tarraco, ale nie było modelu Tarraco. Była za to pani sprzątaczka, która w samym wejściu wysłała w moją stronę wiązki złowrogiego spojrzenia, co skutkowało moim szybkim wycofaniem z salonu.

Reasumując

Gdybym był fanem marki Hyundai i koniecznie chciał wyjechać z salonu którymś z jej modeli wybrałbym zdecydowanie Tucsona, który ma więcej miejsca w pierwszym rzędzie. Ma ten sam silnik i skrzynię, ale jest lżejszy, co skutkuje zapewne lepszym prowadzeniem, przyspieszeniem i niższym spalaniem. Jest również tańszy.

Jeśli jednak los szczęśliwie obdarzył nas dużą rodziną i jesteśmy zmuszeni szukać wśród modeli 7-miejscowych ja kierowałbym swoje kroki do salonu Skody, gdzie Kodiaq w środku wygląda dużo lepiej, ma więcej miejsca, więcej opcji dostępnych silników i skrzyń biegów.

Myślę, że Hyundai przychyli się do moich wniosków, bo jak zauważyłem sam nie za bardzo naciska na sprzedaż swojego największego modelu. Wszystko to pewnie w celu zachowania odpowiedniego bilansu emisji CO2…

Twój adres email nie zostanie opublikowany.