Kierowca Porsche wjechał w przystanek i uciekł, bo “bał się samosądu”

Wypadek Porsche 911 zbulwersował przed tygodniem mieszkańców Trójmiasta. Przekraczający prędkość kierowca wjechał w przystanek autobusowy, raniąc jedną osobę i uciekając z miejsca zdarzenia. Na policję zgłosił się dopiero 2 dni później, przygotowując bardzo zuchwałą linię obrony.

W jedną ze styczniowych sobót doszło do potencjalnie bardzo groźnego zdarzenia przy jednym z gdańskich przystanków autobusowych. Kierujący Porsche 911 stracił panowanie nad pojazdem i wpadł we wiatę, pod którą znajdowały się cztery osoby. Jedna z nich została ranna w nogę, wymagając kilkudniowej hospitalizacji.

Według relacji świadków, ze sportowego auta wysiadła dwójka mężczyzn próbując zakryć kurtkami swoje twarze i pośpiesznie uciekli z miejsca zdarzenia. Ich wersję potwierdził zapis z monitoringu. Bezpośredniego sprawcy zdarzenia, czyli kierującego Porsche, nie udało się jednak znaleźć aż przed kolejne 2 dni po wypadku.


Ten zgłosił się w końcu na policję we własnym imieniu razem ze współpasażerem i pełnomocnikiem. Jak podaje Gazeta Wyborcza, mężczyźni bronili się podczas przesłuchania, że ucieczka była motywowana strachem przed samosądem ze strony świadków wydarzenia. Nie udało się jednak ustalić najważniejszego – czy domniemany sprawca zdarzenia prowadził pod stanem nietrzeźwości.

Problem jest też z samą kwalifikacją sobotniej kraksy – celowo unikamy tutaj słowa “wypadek”, gdyż według opinii lekarza badającego zranioną kobietę, nie wymagała ona hospitalizacji dłużej niż 7 dni. Co za tym idzie, według przepisów polskiego prawa mamy do czynienia z kolizją, a nie wypadkiem…

Zwrot może jednak przynieść opinia sądowo-lekarska, która wstępnie uznaje, że obrażenia, jakich doznała ranna kobieta mogą nieść ze sobą skutki na więcej niż tylko 7 dni. I to wtedy zdarzenie spowodowane przez kierowcę Porsche będzie można uznać za wypadek, za którego spowodowanie mogą grozić nawet 3 lata więzienia.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.