Tragedia w Warszawie – jak walczyć z dzikim wschodem na polskich drogach?

Śmiertelne potrącenie pieszego, do jakiego doszło przed tygodniem z winy kierowcy BMW pędzącego 130 km/h, wywołało poruszenie. Przelała się pewna czara goryczy. I rozbrzmiały pytania – jak poskromić szaleństwo, jakie panuje na polskich drogach? Po pierwsze – trzeba radykalnie podwyższyć mandaty.

Niedziela, 20 października, okolice godziny 13.00. Przed przejściem dla pieszych nieopodal rogu ulic Sokratesa i Petofiego na warszawskich Bielanach zatrzymuje się samochód, aby przepuścić grupę pieszych. Wśród nich jest 33-latek i jego żona prowadząca wózek z dzieckiem.

Wtem, z ogromną prędkością z oddali nadjeżdża pomarańczowe BMW serii 3. Choć mowa o mieście, kierowca pędzi przeszło 130 km/h, przez co odbiera sobie szanse na odpowiednio szybkie zareagowanie na pieszych przekraczających ulicę. Droga hamowania miała tylko 30 metrów.

Dochodzi do potrącenia 33-letniego mężczyzny, który nie zdążył odskoczyć na chodnik. Od mocy uderzenia, pomarańczowe BMW obraca się o 180 stopni. Pieszy umiera po długiej reanimacji – jego obrażenia są zbyt rozległe. Wieść o tej drogowej zbrodni prędko obiega całą Polskę.

Kierowca został zatrzymany – nie uwzględniono wniosku o tymczasowy areszt, ale objęto go dozorem policyjnym. Usłyszał też zarzuty spowodowania wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym oraz narażenia pozostałych pieszych na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia.

Przelała się czara goryczy

Nie da się ukryć, że przelała się pewna czara goryczy. O jeden taki tragiczny wypadek z winy drogowego bandyty za dużo, aby po prostu przejść do porządku dziennego i zająć się innymi tematami. Rozgorzała dyskusja – jak ukrócić tę chorą spiralę drogowej brawury, jaka panuje na polskich drogach?

Tę kwestię podnieśli sami mieszkańcy warszawskich Bielan, którzy w tygodniu zablokowali przejście, gdzie doszło do tragedii, chcąc zwrócić uwagę na brak jakichkolwiek zabezpieczeń dla pieszych w tym miejscu. Domagali się choćby jednego – zbudowania sygnalizacji świetlnej.

I o ile lokalnie, w tym konkretnym przypadku, takie rozwiązanie może się okazać skuteczne, tak nie jest to odpowiedź na pojemniejsze, przytoczone w tytule pytanie. A trzeba działać zdecydowanie i radykalnie, bo obecny status quo doprowadza do setek dramatów na polskich drogach. Rozdawanie odblasków i wyreżyserowane spoty w telewizji to za mało.

Piesi mają uważać, ale nie zwalnia to z odpowiedzialności kierowców

Niepokojące są dane na temat tego, jak wielu pieszych traci życie na przejściach. W zeszłym roku liczba ofiar wzrosła, z 269 do 285. Oczywiście nie każdy wypadek z udziałem pieszego to wina kierowcy i nie należy stosować tutaj zerojedynkowej analogii kata i ofiary. Mamy w końcu w przepisach coś takiego, jak wtargnięcie, których piesi niekiedy faktycznie dokonują, nie dając żadnych szans na uniknięcie zderzenia.

Nie da się jednak ukryć, że zbyt duża liczba polskich kierujących wyraża pogardę do panujących przepisów. Jeździ wyraźnie za szybko, bez wyobraźni o potencjalnych skutkach swojego postępowania i bez szacunku do słabszych uczestników ruchu.

Śmiejemy się z Rosji, jaki to “dziki wschód” panuje na tamtejszych drogach. Warto jednak dostrzec, jak liczni są na naszych drogach ludzie, którzy wschodnim zwyczajom specjalnie… nie ustępują.

Naginasz przepisy? Uważaj, żebyś nie stał się drogowym bandytą

Wystarczy przejechać się chwilę po dużym polskim mieście i powiatowych drogach, by dostrzec, jak powszechne jest łamanie przepisów w sposób zuchwały i zagrażający bezpieczeństwu innym. Okej, zdarzają się nielogiczne i błędne oznaczenia dróg. Każdy się czasem śpieszy. Jest jednak pewna granica “naginania” przepisów i już ten etap, kiedy stajesz się pospolitym drogowym bandytą.

Bo jak nazwać kierowcę, który w terenie zabudowanym gna 80-100 kilometrów na godzinę, w sąsiedztwie pieszych idących po chodnikach i przejść dla pieszych? Wielu obrońców polskiego dzikiego statusu quo lubi mówić “bo pieszy powinien uważać!”.

No i wielu uważa, czekając na swój czas przed zebrą nawet 2-3 minuty, czekając cierpliwie jak przejadą wszystkie auta – te jadące przepisowo i mijające je ze zbyt wysoką prędkością. Ale czy zasada ograniczonego zaufania, słusznie zresztą wpajana od najmłodszych lat, ma działać tylko w jedną stronę i rozgrzeszać z win kierowców, którzy robią sobie z dróg tor wyścigowy?

Nic z ostrożności pieszego, jeżeli samochód zbliża się do niego przy 100 km/h

Co z ostrożności w sytuacjach, gdy piesi są już na zebrze? Potrącony w Warszawie wszedł już na przejście, bez wątpienia szedł po nim z zachowaniem ostrożności, chciał nawet odskoczyć na chodnik przed wariatem w BMW – nie zdążył, bo nie miał na to szans.

Im szybciej niż przepisowe 50 km/h w mieście jedziemy, tym niższe są szanse na przeżycie pieszego przy potencjalnym spotkaniu. Wielu pieszych stara się uważać – zacznijmy tego wymagać w bardziej zdecydowany sposób od kierowców. Stwarzanie warunków do łamania przepisów uderza w każdego z nas, a ryzyko, że trafimy w mieście na szaleńca za kółkiem jest dramatycznie duże.

Według opublikowanego w lipcu raportu Ministerstwa Infrastruktury, o którym pisaliśmy, nawet 85% kierowców przekracza prędkość w odległości 100 metrów od przejścia dla pieszych w obszarze zabudowanym i nawet 90% poza nim.

Problem zatem jest wyraźny i nie jest to bynajmniej sfera anegdotycznych obserwacji pozbawionych umocowania w rzeczywistości. Jak zacząć walczyć ze swobodnym stosunkiem do prawa, jaki panuje wśród wielu kierujących? Więcej fotoradarów? Więcej sygnalizacji? Zwężać drogi, by trudniej było po nich się rozpędzać? Warto próbować, ale to nie zadziała bez jednej, kluczowej zmiany.

Pora radykalnie podwyższyć mandaty i bezwzględnie je egzekwować

Zacznijmy od radykalnego zaostrzenia kar za przekraczanie prędkości. Zaostrzmy taryfikator mandatów tak, że przygłup chcący sprawdzić w sąsiedztwie emerytów i matek z dziećmi v-max swojej “betki”, gdy zobaczy wysokość kary – zawyje. Będzie musiał się zadłużyć, pożyczać u znajomych, sprzeda telewizor, zbankrutuje, żeby zapłacić mandat.

Jeżeli dany kierowca nie rozumie, że nie warto gnać z powodu szacunku do prawa i innych użytkowników infrastruktury, trzeba go uderzyć w kieszeń w taki sposób, aby pożałował raz na zawsze swojej decyzji.

W Skandynawii działa. Wasi znajomi, którzy tam jeździli, pewnie nie raz ględzili przy piwie jak to okrutni Norwegowie nie pozwalają pruć między fiordami, trzeba się wlec, nawet nie masz kiedy posłuchać przyśpieszenia swojego bolidu. Okrutne. Ale może dzięki temu wrócili do Polski w jednym kawałku, nie mając nikogo na sumieniu.

Pokażmy kierowcom, że brawura się nie opłaca

Zaostrzenie mandatów nie może jednak zostać wdrożone w pojedynkę. Policja musi zostać zobligowana do bardziej zdecydowanego egzekwowania przepisów. Więcej patroli, więcej fotoradarów w newralgicznych miejscach. Kierowca musi wiedzieć, że brawura jeśli nie łamie przepisów, to chociaż się nie opłaca.

Życie 33-latka z Warszawy i podobnych mu ofiar nie powinno zostać zabrane w tak dramatyczny, bestialski i przerażający sposób. Przepisy powinny jednak działać tak, aby potencjalnych drogowych morderców było jak najmniej.

Obecnie, niestety – nie można powiedzieć, że zrobiono wszystko, aby zapobiec tragedii z 20 października. Być może gdyby przed przejściem stał fotoradar, a za gnanie przed nim groził nieuchronny, pewny mandat w wysokości 2-3 tysięcy złotych, nasz miłośnik pomarańczowego bolidu zastanowił się, czy warto było trzymać nogę na gazie?

zdjęcia: PAP

Komentarze

Najnowsze


  

Testy

więcej >>

pOPULARNE

Tragedia w Warszawie – jak walczyć z dzikim wschodem na polskich drogach?
Tragedia w Warszawie – jak walczyć z dzikim wschodem na polskich drogach?
Tragedia w Warszawie – jak walczyć z dzikim wschodem na polskich drogach?

Śmiertelne potrącenie pieszego, do jakiego doszło przed tygodniem z winy kierowcy BMW pędzącego 130 km/h, wywołało poruszenie. Przelała się pewna czara goryczy. I rozbrzmiały pytania – jak poskromić szaleństwo, jakie panuje na polskich drogach? Po pierwsze – trzeba radykalnie podwyższyć mandaty.

Niedziela, 20 października, okolice godziny 13.00. Przed przejściem dla pieszych nieopodal rogu ulic Sokratesa i Petofiego na warszawskich Bielanach zatrzymuje się samochód, aby przepuścić grupę pieszych. Wśród nich jest 33-latek i jego żona prowadząca wózek z dzieckiem.

Wtem, z ogromną prędkością z oddali nadjeżdża pomarańczowe BMW serii 3. Choć mowa o mieście, kierowca pędzi przeszło 130 km/h, przez co odbiera sobie szanse na odpowiednio szybkie zareagowanie na pieszych przekraczających ulicę. Droga hamowania miała tylko 30 metrów.

Dochodzi do potrącenia 33-letniego mężczyzny, który nie zdążył odskoczyć na chodnik. Od mocy uderzenia, pomarańczowe BMW obraca się o 180 stopni. Pieszy umiera po długiej reanimacji – jego obrażenia są zbyt rozległe. Wieść o tej drogowej zbrodni prędko obiega całą Polskę.

Kierowca został zatrzymany – nie uwzględniono wniosku o tymczasowy areszt, ale objęto go dozorem policyjnym. Usłyszał też zarzuty spowodowania wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym oraz narażenia pozostałych pieszych na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia.

Przelała się czara goryczy

Nie da się ukryć, że przelała się pewna czara goryczy. O jeden taki tragiczny wypadek z winy drogowego bandyty za dużo, aby po prostu przejść do porządku dziennego i zająć się innymi tematami. Rozgorzała dyskusja – jak ukrócić tę chorą spiralę drogowej brawury, jaka panuje na polskich drogach?

Tę kwestię podnieśli sami mieszkańcy warszawskich Bielan, którzy w tygodniu zablokowali przejście, gdzie doszło do tragedii, chcąc zwrócić uwagę na brak jakichkolwiek zabezpieczeń dla pieszych w tym miejscu. Domagali się choćby jednego – zbudowania sygnalizacji świetlnej.

I o ile lokalnie, w tym konkretnym przypadku, takie rozwiązanie może się okazać skuteczne, tak nie jest to odpowiedź na pojemniejsze, przytoczone w tytule pytanie. A trzeba działać zdecydowanie i radykalnie, bo obecny status quo doprowadza do setek dramatów na polskich drogach. Rozdawanie odblasków i wyreżyserowane spoty w telewizji to za mało.

Piesi mają uważać, ale nie zwalnia to z odpowiedzialności kierowców

Niepokojące są dane na temat tego, jak wielu pieszych traci życie na przejściach. W zeszłym roku liczba ofiar wzrosła, z 269 do 285. Oczywiście nie każdy wypadek z udziałem pieszego to wina kierowcy i nie należy stosować tutaj zerojedynkowej analogii kata i ofiary. Mamy w końcu w przepisach coś takiego, jak wtargnięcie, których piesi niekiedy faktycznie dokonują, nie dając żadnych szans na uniknięcie zderzenia.

Nie da się jednak ukryć, że zbyt duża liczba polskich kierujących wyraża pogardę do panujących przepisów. Jeździ wyraźnie za szybko, bez wyobraźni o potencjalnych skutkach swojego postępowania i bez szacunku do słabszych uczestników ruchu.

Śmiejemy się z Rosji, jaki to “dziki wschód” panuje na tamtejszych drogach. Warto jednak dostrzec, jak liczni są na naszych drogach ludzie, którzy wschodnim zwyczajom specjalnie… nie ustępują.

Naginasz przepisy? Uważaj, żebyś nie stał się drogowym bandytą

Wystarczy przejechać się chwilę po dużym polskim mieście i powiatowych drogach, by dostrzec, jak powszechne jest łamanie przepisów w sposób zuchwały i zagrażający bezpieczeństwu innym. Okej, zdarzają się nielogiczne i błędne oznaczenia dróg. Każdy się czasem śpieszy. Jest jednak pewna granica “naginania” przepisów i już ten etap, kiedy stajesz się pospolitym drogowym bandytą.

Bo jak nazwać kierowcę, który w terenie zabudowanym gna 80-100 kilometrów na godzinę, w sąsiedztwie pieszych idących po chodnikach i przejść dla pieszych? Wielu obrońców polskiego dzikiego statusu quo lubi mówić “bo pieszy powinien uważać!”.

No i wielu uważa, czekając na swój czas przed zebrą nawet 2-3 minuty, czekając cierpliwie jak przejadą wszystkie auta – te jadące przepisowo i mijające je ze zbyt wysoką prędkością. Ale czy zasada ograniczonego zaufania, słusznie zresztą wpajana od najmłodszych lat, ma działać tylko w jedną stronę i rozgrzeszać z win kierowców, którzy robią sobie z dróg tor wyścigowy?

Nic z ostrożności pieszego, jeżeli samochód zbliża się do niego przy 100 km/h

Co z ostrożności w sytuacjach, gdy piesi są już na zebrze? Potrącony w Warszawie wszedł już na przejście, bez wątpienia szedł po nim z zachowaniem ostrożności, chciał nawet odskoczyć na chodnik przed wariatem w BMW – nie zdążył, bo nie miał na to szans.

Im szybciej niż przepisowe 50 km/h w mieście jedziemy, tym niższe są szanse na przeżycie pieszego przy potencjalnym spotkaniu. Wielu pieszych stara się uważać – zacznijmy tego wymagać w bardziej zdecydowany sposób od kierowców. Stwarzanie warunków do łamania przepisów uderza w każdego z nas, a ryzyko, że trafimy w mieście na szaleńca za kółkiem jest dramatycznie duże.

Według opublikowanego w lipcu raportu Ministerstwa Infrastruktury, o którym pisaliśmy, nawet 85% kierowców przekracza prędkość w odległości 100 metrów od przejścia dla pieszych w obszarze zabudowanym i nawet 90% poza nim.

Problem zatem jest wyraźny i nie jest to bynajmniej sfera anegdotycznych obserwacji pozbawionych umocowania w rzeczywistości. Jak zacząć walczyć ze swobodnym stosunkiem do prawa, jaki panuje wśród wielu kierujących? Więcej fotoradarów? Więcej sygnalizacji? Zwężać drogi, by trudniej było po nich się rozpędzać? Warto próbować, ale to nie zadziała bez jednej, kluczowej zmiany.

Pora radykalnie podwyższyć mandaty i bezwzględnie je egzekwować

Zacznijmy od radykalnego zaostrzenia kar za przekraczanie prędkości. Zaostrzmy taryfikator mandatów tak, że przygłup chcący sprawdzić w sąsiedztwie emerytów i matek z dziećmi v-max swojej “betki”, gdy zobaczy wysokość kary – zawyje. Będzie musiał się zadłużyć, pożyczać u znajomych, sprzeda telewizor, zbankrutuje, żeby zapłacić mandat.

Jeżeli dany kierowca nie rozumie, że nie warto gnać z powodu szacunku do prawa i innych użytkowników infrastruktury, trzeba go uderzyć w kieszeń w taki sposób, aby pożałował raz na zawsze swojej decyzji.

W Skandynawii działa. Wasi znajomi, którzy tam jeździli, pewnie nie raz ględzili przy piwie jak to okrutni Norwegowie nie pozwalają pruć między fiordami, trzeba się wlec, nawet nie masz kiedy posłuchać przyśpieszenia swojego bolidu. Okrutne. Ale może dzięki temu wrócili do Polski w jednym kawałku, nie mając nikogo na sumieniu.

Pokażmy kierowcom, że brawura się nie opłaca

Zaostrzenie mandatów nie może jednak zostać wdrożone w pojedynkę. Policja musi zostać zobligowana do bardziej zdecydowanego egzekwowania przepisów. Więcej patroli, więcej fotoradarów w newralgicznych miejscach. Kierowca musi wiedzieć, że brawura jeśli nie łamie przepisów, to chociaż się nie opłaca.

Życie 33-latka z Warszawy i podobnych mu ofiar nie powinno zostać zabrane w tak dramatyczny, bestialski i przerażający sposób. Przepisy powinny jednak działać tak, aby potencjalnych drogowych morderców było jak najmniej.

Obecnie, niestety – nie można powiedzieć, że zrobiono wszystko, aby zapobiec tragedii z 20 października. Być może gdyby przed przejściem stał fotoradar, a za gnanie przed nim groził nieuchronny, pewny mandat w wysokości 2-3 tysięcy złotych, nasz miłośnik pomarańczowego bolidu zastanowił się, czy warto było trzymać nogę na gazie?

zdjęcia: PAP