Australijski serwis zażądał ok. 90 tys. zł za nowe baterie w Nissanie Leaf

Pierwsze wcielenie Nissana Leafa odniosło duży sukces, ale już po kilku latach okazuje się, jak dużego dopracowania wymaga ówczesna odsłona samochodów elektrycznych – i jak kosztowna jest w serwisowaniu. Przekonał się o tym mieszkaniec Australii.

Nissan Leaf produkowany jest w obecnej formie od 2017 roku, a jego premierę poprzedził 7-letni rynkowy staż pierwszego wcielenia. Był on rynkowym bestsellerem i przeniósł technologię aut elektrycznych pod strzechy, ale dziś widać, jak dużo jeszcze trzeba w niej dopracować.

Przekonał się o tym pewien Australijczyk ze stołecznej Canberry, który w 2012 roku zdecydował się kupić elektrycznego hatchbacka. Po kilku latach eksploatacji, rzeczywistość brutalnie zweryfikowała trwałość zamontowanych w samochodzie baterii.

W momencie zakupu samochód kosztował równowartość 143 tysięcy złotych i miał baterie o pojemności 21 kwh. Deklarowany zasięg, według Nissana, wynosił wtedy 175 kilometrów, jednak według portalu Elektrowoz – to nieprawda. Jest on mniejszy i równa się jedynie 112 kilometrom.

Co gorsza, zasięg ten z biegiem eksploatacji się jeszcze pogorszył. W 2017 roku Australijczyk donosił, że Nissan przejeżdżał na jednym ładowaniu nie więcej niż… 60 kilometrów. Właściciel zgłaszał te problemy do lokalnego oddziału marki.

Na nic się to zdało – Nissan twierdził, że z bateriami Leafa jest wszystko w porządku. Czas minął, a sytuacja jest jednak coraz gorsza. W tym roku 7-letni samochód elektryczny jest w stanie przejechać ponoć tylko 40 kilometrów, a zimą – 25 kilometrów.

I dopiero te absurdalne wartości zmusiły Nissana do interwencji. Po przeprowadzonej ekspertyzie, producent stwierdził, że baterie należy wymienić. Nie zrobił tego jednak na swój koszt, a obciążył nimi właściciela Leafa. Mężczyzna otrzymał rachunek na ponad 33 tys. dolarów australijskich.

To równowartość 89 tysięcy złotych, czyli trzykrotnie (!) przekraczająca obecną rynkową wartość całego samochodu na Antypodach. Nic dziwnego, że mężczyzna poczuł się zbulwersowany i oszukany, informując o sprawie australijskie media. Salonowi odpowiedział krótko: “pieprzcie się”.

Mężczyzna twierdzi, że Leaf to “fantastyczny samochód”, ale jego układ napędowy ma istotną wadę – nie wyposażono go w chłodzenie baterii. W efekcie, w gorętszych klimatach są one narażone na przegrzewanie się, które utrudnia szybkie ładowanie i skutkuje degradacją ogniw.

Australijczyk nie planuje regulować rachunku, jednak jak powiedział – nieprzyjemna przygoda z bateriami Leafa nie zraziła go do samochodów elektrycznych. Mężczyzna chce teraz kupić Teslę Model 3, którą ceni za m.in. układ chłodzenia baterii cieczą i “lepszy serwis”.

źródło: Elektrowoz.pl

Komentarze

Najnowsze


  

Testy

więcej >>

pOPULARNE

Australijski serwis zażądał ok. 90 tys. zł za nowe baterie w Nissanie Leaf
Australijski serwis zażądał ok. 90 tys. zł za nowe baterie w Nissanie Leaf
Australijski serwis zażądał ok. 90 tys. zł za nowe baterie w Nissanie Leaf

Pierwsze wcielenie Nissana Leafa odniosło duży sukces, ale już po kilku latach okazuje się, jak dużego dopracowania wymaga ówczesna odsłona samochodów elektrycznych – i jak kosztowna jest w serwisowaniu. Przekonał się o tym mieszkaniec Australii.

Nissan Leaf produkowany jest w obecnej formie od 2017 roku, a jego premierę poprzedził 7-letni rynkowy staż pierwszego wcielenia. Był on rynkowym bestsellerem i przeniósł technologię aut elektrycznych pod strzechy, ale dziś widać, jak dużo jeszcze trzeba w niej dopracować.

Przekonał się o tym pewien Australijczyk ze stołecznej Canberry, który w 2012 roku zdecydował się kupić elektrycznego hatchbacka. Po kilku latach eksploatacji, rzeczywistość brutalnie zweryfikowała trwałość zamontowanych w samochodzie baterii.

W momencie zakupu samochód kosztował równowartość 143 tysięcy złotych i miał baterie o pojemności 21 kwh. Deklarowany zasięg, według Nissana, wynosił wtedy 175 kilometrów, jednak według portalu Elektrowoz – to nieprawda. Jest on mniejszy i równa się jedynie 112 kilometrom.

Co gorsza, zasięg ten z biegiem eksploatacji się jeszcze pogorszył. W 2017 roku Australijczyk donosił, że Nissan przejeżdżał na jednym ładowaniu nie więcej niż… 60 kilometrów. Właściciel zgłaszał te problemy do lokalnego oddziału marki.

Na nic się to zdało – Nissan twierdził, że z bateriami Leafa jest wszystko w porządku. Czas minął, a sytuacja jest jednak coraz gorsza. W tym roku 7-letni samochód elektryczny jest w stanie przejechać ponoć tylko 40 kilometrów, a zimą – 25 kilometrów.

I dopiero te absurdalne wartości zmusiły Nissana do interwencji. Po przeprowadzonej ekspertyzie, producent stwierdził, że baterie należy wymienić. Nie zrobił tego jednak na swój koszt, a obciążył nimi właściciela Leafa. Mężczyzna otrzymał rachunek na ponad 33 tys. dolarów australijskich.

To równowartość 89 tysięcy złotych, czyli trzykrotnie (!) przekraczająca obecną rynkową wartość całego samochodu na Antypodach. Nic dziwnego, że mężczyzna poczuł się zbulwersowany i oszukany, informując o sprawie australijskie media. Salonowi odpowiedział krótko: “pieprzcie się”.

Mężczyzna twierdzi, że Leaf to “fantastyczny samochód”, ale jego układ napędowy ma istotną wadę – nie wyposażono go w chłodzenie baterii. W efekcie, w gorętszych klimatach są one narażone na przegrzewanie się, które utrudnia szybkie ładowanie i skutkuje degradacją ogniw.

Australijczyk nie planuje regulować rachunku, jednak jak powiedział – nieprzyjemna przygoda z bateriami Leafa nie zraziła go do samochodów elektrycznych. Mężczyzna chce teraz kupić Teslę Model 3, którą ceni za m.in. układ chłodzenia baterii cieczą i “lepszy serwis”.

źródło: Elektrowoz.pl