Tysiące nowiutkich BMW i Mini niszczeje od 4 lat na powietrzu w Kanadzie

Nim otrzymamy wymarzony samochód, trzeba uzbroić się w cierpliwość – dostawa z fabryki może zająć nawet kilka miesięcy. Co gorsza, okres ten mogą wydłużyć np. zdarzenia losowe, a największym przekleństwem są wypadki przy transporcie i katastrofy naturalne. To właśnie z ostatniego powodu kilka tysięcy nowych BMW i Mini od 4 lat niszczeje na parkingu w Kanadzie.

Nieoczekiwane wypadki przy transporcie nowych samochodów z fabryki potrafią być poważnym kłopotem nie tylko dla producentów, ale i klientów. Ci pierwsi muszą poświęcić czas na formalności związane z ubezpieczeniem i zezłomowaniem pachnących nowością aut. Ci drudzy – nie otrzymują oczekiwanego nabytku na czas, pozostając nawet tygodniami w niepewności.

Wypadki te mogą przyjąć różną postać – najczęściej jednak chodzi o przechylenie się statku transportowego lub wypadek samochodowej lawety. Takie zdarzenia to jednak nic przy tym, z czym musiał zmierzyć się kanadyjski oddział BMW. Producent musiał bowiem przed kilku laty podjąć decyzję, czy pokryte lodem i śniegiem po sztormie samochody w porcie to również “nieoczekiwany wypadek”.

No i się przeliczono. Okazało się, że zimowy kataklizm, jaki uderzył w położone na wschodnim wybrzeżu Kanady Halifax wyrządził większe i trudniej widoczne szkody, niż można się było spodziewać. Nim jednak wyciągnięto te wnioski, kilka tysięcy modeli BMW i Mini trafiło do klientów na terenie całego kraju.

Po tym, jak wiosną 2015 roku samochody wyjechały na drogi, nabywcy długo nie nacieszyli się swoimi czterema kółkami. Samochody zaczęły trapić nietypowe usterki układu elektrycznego, które bez wątpienia miały źródło w zbyt długim kontakcie samochodów lodem, śniegiem i ogromem sztormowej wilgoci.

Gdy kanadyjski oddział BMW zorientował się, do czego doprowadzono, w połowie 2015 roku ogłoszono akcję serwisową, a trefne samochody odebrano klientom i ulokowano na specjalnym parkingu w Vancouver na zachodnim wybrzeżu kraju. Ogłoszona 30 lipca akcja serwisowa objęła prawie 3 tysiące samochodów – zarówno sportowych i elektrycznych BMW, jak i Mini.

Ostateczna decyzja w sprawie dalszych losów tych samochodów nie zapadła jednak po dziś dzień. Minęły zatem 4 lata, a kilka tysięcy niemal fabrycznie nowych samochodów stoi i niszczeje pod chmurką. Jako że Vancouver słynie z wilgotnego klimatu, to samochody wyglądają dziś fatalnie – obrastają brudem i zaciekami.

Zgodnie z kanadyjskim prawem samochody nie mogą wyjechać na drogi i trafić w prywatne ręce, dlatego cały czas rozważane jest to, jak się pozbyć tego problemu. Zezłomować? Sprzedać na części? Oddać ośrodkom kształcenia mechaników, by uczyli się budowy samochodu na “żywym” przykładzie?

źródło: Jalopnik

Komentarze

Najnowsze


  

Testy

więcej >>

pOPULARNE

Tysiące nowiutkich BMW i Mini niszczeje od 4 lat na powietrzu w Kanadzie
Tysiące nowiutkich BMW i Mini niszczeje od 4 lat na powietrzu w Kanadzie
Tysiące nowiutkich BMW i Mini niszczeje od 4 lat na powietrzu w Kanadzie

Nim otrzymamy wymarzony samochód, trzeba uzbroić się w cierpliwość – dostawa z fabryki może zająć nawet kilka miesięcy. Co gorsza, okres ten mogą wydłużyć np. zdarzenia losowe, a największym przekleństwem są wypadki przy transporcie i katastrofy naturalne. To właśnie z ostatniego powodu kilka tysięcy nowych BMW i Mini od 4 lat niszczeje na parkingu w Kanadzie.

Nieoczekiwane wypadki przy transporcie nowych samochodów z fabryki potrafią być poważnym kłopotem nie tylko dla producentów, ale i klientów. Ci pierwsi muszą poświęcić czas na formalności związane z ubezpieczeniem i zezłomowaniem pachnących nowością aut. Ci drudzy – nie otrzymują oczekiwanego nabytku na czas, pozostając nawet tygodniami w niepewności.

Wypadki te mogą przyjąć różną postać – najczęściej jednak chodzi o przechylenie się statku transportowego lub wypadek samochodowej lawety. Takie zdarzenia to jednak nic przy tym, z czym musiał zmierzyć się kanadyjski oddział BMW. Producent musiał bowiem przed kilku laty podjąć decyzję, czy pokryte lodem i śniegiem po sztormie samochody w porcie to również “nieoczekiwany wypadek”.

No i się przeliczono. Okazało się, że zimowy kataklizm, jaki uderzył w położone na wschodnim wybrzeżu Kanady Halifax wyrządził większe i trudniej widoczne szkody, niż można się było spodziewać. Nim jednak wyciągnięto te wnioski, kilka tysięcy modeli BMW i Mini trafiło do klientów na terenie całego kraju.

Po tym, jak wiosną 2015 roku samochody wyjechały na drogi, nabywcy długo nie nacieszyli się swoimi czterema kółkami. Samochody zaczęły trapić nietypowe usterki układu elektrycznego, które bez wątpienia miały źródło w zbyt długim kontakcie samochodów lodem, śniegiem i ogromem sztormowej wilgoci.

Gdy kanadyjski oddział BMW zorientował się, do czego doprowadzono, w połowie 2015 roku ogłoszono akcję serwisową, a trefne samochody odebrano klientom i ulokowano na specjalnym parkingu w Vancouver na zachodnim wybrzeżu kraju. Ogłoszona 30 lipca akcja serwisowa objęła prawie 3 tysiące samochodów – zarówno sportowych i elektrycznych BMW, jak i Mini.

Ostateczna decyzja w sprawie dalszych losów tych samochodów nie zapadła jednak po dziś dzień. Minęły zatem 4 lata, a kilka tysięcy niemal fabrycznie nowych samochodów stoi i niszczeje pod chmurką. Jako że Vancouver słynie z wilgotnego klimatu, to samochody wyglądają dziś fatalnie – obrastają brudem i zaciekami.

Zgodnie z kanadyjskim prawem samochody nie mogą wyjechać na drogi i trafić w prywatne ręce, dlatego cały czas rozważane jest to, jak się pozbyć tego problemu. Zezłomować? Sprzedać na części? Oddać ośrodkom kształcenia mechaników, by uczyli się budowy samochodu na “żywym” przykładzie?

źródło: Jalopnik