Suzuki Jimny jak Maluch – na rynku wtórnym nowe auto droższe niż w salonie

Suzuki Jimny nowej generacji to fenomen, który ewidentnie przerósł oczekiwania samego producenta. Popyt na oryginalną mikroterenówkę jest tak duży, że fabryka nie nadąża z produkcją. Niektórzy będą czekać na swoje auta nawet do 2021 roku, co szybko nakręciło rynek wtórny. Jak za dawnych czasów, wartość Jimny przerosła cenę w salonie!

W połowie zeszłego roku, Suzuki postanowiło po 20 latach produkcji przedstawić następcę dla swojej małej terenówki. Nowa odsłona modelu Jimny już w momencie premiery wywołała ogromne zainteresowanie. Samochód zwrócił uwagę oryginalnymi, pudełkowatymi proporcjami i klasycznym projektem wnętrza. Można powiedzieć, że Japończycy przedstawili samochodowy odpowiednik analogowego aparatu fotograficznego w cyfrowym, coraz szybciej zmieniającym się świecie.

Miłośników starej szkoły i takich oryginalnych produktów nie brakuje, jednak ostateczny popyt na nowe Suzuki Jimny przerósł najśmielsze oczekiwania. W ciągu kolejnych miesięcy 2018 roku Japończycy zebrali tysiące zamówień na całym świecie. Już w październiku producent zdradził, że nie nadąża z produkcją.

W samej Japonii ilość zamówień jest tak duża, że niektórzy klienci nie zobaczą swoich samochodów w ciągu najbliższego roku. Lepiej nie jest w Europie. W Wielkiej Brytanii w tym roku jedynie 2000 szczęśliwców otrzyma swoje Jimny. Reszta, będzie musiała czekać na nie ponad rok, a nawet jeszcze dłużej.

Ci, którzy zdecydowali się na zakup małego Suzuki w ostatnich tygodniach, nie zobaczą auta szybciej niż w połowie 2020 roku. Niektórzy niebawem usłyszą już najpewniej jeszcze odleglejszy termin odbioru – 2021 rok. Czyni to Jimny towarem nie tyle deficytowym, co już ekskluzywnym.

Przypomina to nieco sytuację z epoki słusznie minionej, gdy podobną dysproporcję między popytem a mocami produkcyjnymi zauważyć można było w przypadku kultowego Malucha. Mały Fiat był tak rozchwytywany przez klientów, że wykształcił się obszerny rynek wtórny obracający nowymi samochodami.

Sprzedawcy oferujący auta “od ręki” życzyli sobie niekiedy niedorzecznie wysokie ceny, przekraczające salonową wartość samochodu nawet dwukrotnie. Niecierpliwi, z chęci uzyskania auta od teraz, często godzili się na takie warunki. Historia lubi się powtarzać. Wiele lat później, podobne zjawisko co w przypadku Fiata 126p, można zaobserwować w przypadku nowego Suzuki Jimny.

Jak już wspomniano, zdecydowanie się teraz na zakup tego auta w salonie to co najmniej półtora roku oczekiwania. Na popularnym, internetowym portalu ogłoszeniowym, znaleźć można jednak kilka egzemplarzy dostępnych od teraz. Ich cena w większości rażąco odbiega od salonowej “metki”.

Najdroższe Suzuki Jimny to u dealera wydatek 84,9 tysiąca złotych. Tymczasem w sieci widnieją oferty, gdzie taki egzemplarz można kupić za odpowiednio… 100 tysięcy złotych, 110 tysięcy złotych i uwaga – 125 tysięcy złotych. Sprzedawcy, słusznie z resztą, reklamują oferowane auto jako towar trudno dostępny.

Skrócenie czasu oczekiwania na auto z półtora roku do kilku godzin, jak widać, coraz więcej kosztuje. Czy jednak takie windowanie cen nie odstraszy potencjalnych chętnych na Jimny od zakupu? Na to pytanie postarał się odpowiedzieć kolega z portalu Autokult. Wystawił on fikcyjne ogłoszenie z topową wersją Jimny, ustalając wartość 100 tysięcy złotych – czyli grubo zawyżoną.

Co ciekawe, już w ciągu kilku godzin znaleźli się pierwsi chętni, wydzwaniający nawet w późnych godzinach wieczornych. Chęć zakupu nowego Jimny za 100 tysięcy złotych wyraziły zarówno osoby prywatne, jak i np. sprzedawca aut poleasingowych. Na pytanie, czy dobrze przeczytał cenę, odparł twierdząco. Dodał, że jest pewien, że jeszcze na nim zarobi.

Komentarze

Najnowsze


  

Testy

więcej >>

pOPULARNE

Suzuki Jimny jak Maluch – na rynku wtórnym nowe auto droższe niż w salonie
Suzuki Jimny jak Maluch – na rynku wtórnym nowe auto droższe niż w salonie
Suzuki Jimny jak Maluch – na rynku wtórnym nowe auto droższe niż w salonie

Suzuki Jimny nowej generacji to fenomen, który ewidentnie przerósł oczekiwania samego producenta. Popyt na oryginalną mikroterenówkę jest tak duży, że fabryka nie nadąża z produkcją. Niektórzy będą czekać na swoje auta nawet do 2021 roku, co szybko nakręciło rynek wtórny. Jak za dawnych czasów, wartość Jimny przerosła cenę w salonie!

W połowie zeszłego roku, Suzuki postanowiło po 20 latach produkcji przedstawić następcę dla swojej małej terenówki. Nowa odsłona modelu Jimny już w momencie premiery wywołała ogromne zainteresowanie. Samochód zwrócił uwagę oryginalnymi, pudełkowatymi proporcjami i klasycznym projektem wnętrza. Można powiedzieć, że Japończycy przedstawili samochodowy odpowiednik analogowego aparatu fotograficznego w cyfrowym, coraz szybciej zmieniającym się świecie.

Miłośników starej szkoły i takich oryginalnych produktów nie brakuje, jednak ostateczny popyt na nowe Suzuki Jimny przerósł najśmielsze oczekiwania. W ciągu kolejnych miesięcy 2018 roku Japończycy zebrali tysiące zamówień na całym świecie. Już w październiku producent zdradził, że nie nadąża z produkcją.

W samej Japonii ilość zamówień jest tak duża, że niektórzy klienci nie zobaczą swoich samochodów w ciągu najbliższego roku. Lepiej nie jest w Europie. W Wielkiej Brytanii w tym roku jedynie 2000 szczęśliwców otrzyma swoje Jimny. Reszta, będzie musiała czekać na nie ponad rok, a nawet jeszcze dłużej.

Ci, którzy zdecydowali się na zakup małego Suzuki w ostatnich tygodniach, nie zobaczą auta szybciej niż w połowie 2020 roku. Niektórzy niebawem usłyszą już najpewniej jeszcze odleglejszy termin odbioru – 2021 rok. Czyni to Jimny towarem nie tyle deficytowym, co już ekskluzywnym.

Przypomina to nieco sytuację z epoki słusznie minionej, gdy podobną dysproporcję między popytem a mocami produkcyjnymi zauważyć można było w przypadku kultowego Malucha. Mały Fiat był tak rozchwytywany przez klientów, że wykształcił się obszerny rynek wtórny obracający nowymi samochodami.

Sprzedawcy oferujący auta “od ręki” życzyli sobie niekiedy niedorzecznie wysokie ceny, przekraczające salonową wartość samochodu nawet dwukrotnie. Niecierpliwi, z chęci uzyskania auta od teraz, często godzili się na takie warunki. Historia lubi się powtarzać. Wiele lat później, podobne zjawisko co w przypadku Fiata 126p, można zaobserwować w przypadku nowego Suzuki Jimny.

Jak już wspomniano, zdecydowanie się teraz na zakup tego auta w salonie to co najmniej półtora roku oczekiwania. Na popularnym, internetowym portalu ogłoszeniowym, znaleźć można jednak kilka egzemplarzy dostępnych od teraz. Ich cena w większości rażąco odbiega od salonowej “metki”.

Najdroższe Suzuki Jimny to u dealera wydatek 84,9 tysiąca złotych. Tymczasem w sieci widnieją oferty, gdzie taki egzemplarz można kupić za odpowiednio… 100 tysięcy złotych, 110 tysięcy złotych i uwaga – 125 tysięcy złotych. Sprzedawcy, słusznie z resztą, reklamują oferowane auto jako towar trudno dostępny.

Skrócenie czasu oczekiwania na auto z półtora roku do kilku godzin, jak widać, coraz więcej kosztuje. Czy jednak takie windowanie cen nie odstraszy potencjalnych chętnych na Jimny od zakupu? Na to pytanie postarał się odpowiedzieć kolega z portalu Autokult. Wystawił on fikcyjne ogłoszenie z topową wersją Jimny, ustalając wartość 100 tysięcy złotych – czyli grubo zawyżoną.

Co ciekawe, już w ciągu kilku godzin znaleźli się pierwsi chętni, wydzwaniający nawet w późnych godzinach wieczornych. Chęć zakupu nowego Jimny za 100 tysięcy złotych wyraziły zarówno osoby prywatne, jak i np. sprzedawca aut poleasingowych. Na pytanie, czy dobrze przeczytał cenę, odparł twierdząco. Dodał, że jest pewien, że jeszcze na nim zarobi.