Renault Captur 1.3 TCe – mały crossover z silnikiem o mocy 150 KM i automatem – test

To jest już mój co najmniej trzeci raz za kierownicą Renault Captur, bo auto w obecnej postaci jest na rynku już dłuższą chwilę. Pojawiło się w roku 2013 i jak widać po polskich drogach, przyjęło się całkiem dobrze. Rok temu przeszło też lifting, który wprowadził m.in. świetne reflektory LED, czy multimedia z obsługą Android Auto.

Captur miał tylko jeden istotny problem – brak mocniejszych silników. Moce kończyły się 120 KM. Niby jeździło się tym całkiem ok, ale jednak przy wyprzedzaniu tej mocy mogłoby być trochę więcej.

Dodatkowo cennik w ostatnim czasie wywróciły do góry nogami normy WLTP, bo aktualnie nie znajdziemy w nim nic powyżej 90 KM! Ale właśnie się to zmienia, bo Renault wprowadza do oferty nowy silnik 1.3 TCe o mocy 150 KM, z momentem 250 Nm. Co ciekawe silnik montowany jest też m.in. w Nissanie Qashqai oraz Mercedesie klasy A. Efekt tego taki, że teraz Captur naprawdę dobrze spisuje się podczas wyprzedzania na trasie.

Przy spokojnej jeździe 5 litrów na 100 km

Na uwagę zasługuje niskie zużycie paliwa. Jazda z prędkościami 90-100 km/h w trasie zakończyła się wynikiem – średnia z 250 km! – 5,2 litra na 100 km. A przy 120 km/h robi się góra 6 litrów. W mieście, może nie jakimś duży, bo ma 60+ tys. mieszkańców, wyszło mi 8 litrów na 100 km.

Bardzo przyjemną zmianą, w porównaniu do Hyundaia Kona, z którego przesiadłem się prosto do Captura, była praca zawieszenia. Renault jest zauważalnie bardziej miękkie, przez co przyjemniej jeździ się po dziurawych, miejskich ulicach.

Komfort i wyposażenie

Wyciszenie auta na trasie może głowy nie urywa, ale jest bardzo poprawne. Podobnie jest z zwieszeniem. To nie jest tak, że nie jeździłem autami, w których jest ciszej. Jeździłem, tyle że w większości przypadków są one dużo droższe i większe.

Multimedia upchnięte zostały w 7 calowy ekran (Kona ma do 8 cali), które są jak wszystkie inne w Renault i uważam, że trzymają dobry poziom. Jest asystent parkowania, który rzeczywiście pomaga wjechać w wyjątkowo ciasne miejsca parkingowe. No i jest wspomniana obsługa Android Auto, bez której żyć nie mogę.

Dzięki temu na ekranie auta korzystam z Map Google, bądź Waze, który jak mało co radzi sobie wyznaczaniem trasy bez korków. Jak mnie kilka dni temu Waze przeprowadził przez Warszawę w godzinach szczytu, to do teraz jestem pod wrażeniem.

Poza tym auto można wyposażyć w tempomat, podgrzewane fotele (w wersji S-Edition – z Alcantary), czy szklany dach, wpuszczający dużo światła do środka. Może nie jest to dach panoramiczny, bo nie sięga nad tylną kanapę, ale jest też znacznie większy, niż klasyczny szyberdach.

Ilość miejsca w środku też jest bardzo ok. Mam 1,9 m wzrostu i gdy ustawie fotel kierowcy komfortowo, to za mną wciąż jest na tyle dużo miejsca, że mogę się tam zmieścić. Nie mam wprawdzie przestrzeni przed kolanami, ale w takie Clio, czy Fabię, kolan nie wcisnę w ogóle. Bagażnik nie jest jakiś gigantyczny (ma 377 litrów), ale ostatnio udało mi sie upchnąć tam bagaże dla 4 osób, a każda z nich miała średniej wielkości torbę.

Wady

Zaskakuje mnie przyspieszenie do 100 km/h. W przypadku kombinacji 150 KM + automat 6 stopniowy EDC, zajmuje to 9,2 sekundy. Całkiem nieźle. Ale wersja z 6 stopniowym manualem robi to samo w 8 sekund! Nie do końca rozumiem jak nowoczesna skrzynia może przyspieszać o tyle dłużej w porównaniu do manualu.

Nie rozumiem tego tym bardziej, że automat nie sprawia wrażenia ospałego, czy wolnego. Gdyby nie dane techniczne, powiedziałbym, że jest naprawdę ok. W każdym razie pomimo 1,2 sekundy straty i tak wybrałbym automat, zamiast obowiązku ciągłego wciskania sprzęgła w korkach.

Nie ma żadnego aktywnego systemu zapobiegającego kolizjom. Pod tym względem Kona była o niebo lepsza, bo miała też bardzo dobrze działający system utrzymujący pas ruchu, który może skutecznie uratować tyłek np. w przypadku zaśnięcia za kółkiem.

I rzecz trzecia, prawy podłokietnik kierowcy jest taki sobie. Trzeba się naprawdę odpowiednio usadowić, by zmieścić na nim chociaż część łokcia. A wymaga dopłaty 300 zł. No i kamera cofania. Jest naprawdę przydatna, bo daje wyraźny obraz nawet nocą. Nie wiem tylko czemu obraz z niej jest tak mały, a dodatkowo przysłonięty rejestracją i kawałkiem nadwozia.

Ceny i podsumowanie

Captur w podstawie, z silnikiem TCe 90 KM, kosztuje 58 tys. zł. Zaś za wersję jak z obrazka, czyli dopasioną odmianę z silnikiem o mocy 150 KM, zapłacić trzeba 100 tys. zł. Jeżeli komuś jednak na wyposażeniu nie zależy, a tylko na mocnym silniku, temu wystarczy 83 tys. zł. Reasumując – Renault Captur dalej trzyma poziom. Nie jest może już tak zaskakująco dobry, jak kilka lat temu, ale trudno znaleźć w nim jakieś dyskwalifikujące wady.

Komentarze

Najnowsze


  

Testy

więcej >>

pOPULARNE

Renault Captur 1.3 TCe – mały crossover z silnikiem o mocy 150 KM i automatem – test
Renault Captur 1.3 TCe – mały crossover z silnikiem o mocy 150 KM i automatem – test
Renault Captur 1.3 TCe – mały crossover z silnikiem o mocy 150 KM i automatem – test

To jest już mój co najmniej trzeci raz za kierownicą Renault Captur, bo auto w obecnej postaci jest na rynku już dłuższą chwilę. Pojawiło się w roku 2013 i jak widać po polskich drogach, przyjęło się całkiem dobrze. Rok temu przeszło też lifting, który wprowadził m.in. świetne reflektory LED, czy multimedia z obsługą Android Auto.

Captur miał tylko jeden istotny problem – brak mocniejszych silników. Moce kończyły się 120 KM. Niby jeździło się tym całkiem ok, ale jednak przy wyprzedzaniu tej mocy mogłoby być trochę więcej.

Dodatkowo cennik w ostatnim czasie wywróciły do góry nogami normy WLTP, bo aktualnie nie znajdziemy w nim nic powyżej 90 KM! Ale właśnie się to zmienia, bo Renault wprowadza do oferty nowy silnik 1.3 TCe o mocy 150 KM, z momentem 250 Nm. Co ciekawe silnik montowany jest też m.in. w Nissanie Qashqai oraz Mercedesie klasy A. Efekt tego taki, że teraz Captur naprawdę dobrze spisuje się podczas wyprzedzania na trasie.

Przy spokojnej jeździe 5 litrów na 100 km

Na uwagę zasługuje niskie zużycie paliwa. Jazda z prędkościami 90-100 km/h w trasie zakończyła się wynikiem – średnia z 250 km! – 5,2 litra na 100 km. A przy 120 km/h robi się góra 6 litrów. W mieście, może nie jakimś duży, bo ma 60+ tys. mieszkańców, wyszło mi 8 litrów na 100 km.

Bardzo przyjemną zmianą, w porównaniu do Hyundaia Kona, z którego przesiadłem się prosto do Captura, była praca zawieszenia. Renault jest zauważalnie bardziej miękkie, przez co przyjemniej jeździ się po dziurawych, miejskich ulicach.

Komfort i wyposażenie

Wyciszenie auta na trasie może głowy nie urywa, ale jest bardzo poprawne. Podobnie jest z zwieszeniem. To nie jest tak, że nie jeździłem autami, w których jest ciszej. Jeździłem, tyle że w większości przypadków są one dużo droższe i większe.

Multimedia upchnięte zostały w 7 calowy ekran (Kona ma do 8 cali), które są jak wszystkie inne w Renault i uważam, że trzymają dobry poziom. Jest asystent parkowania, który rzeczywiście pomaga wjechać w wyjątkowo ciasne miejsca parkingowe. No i jest wspomniana obsługa Android Auto, bez której żyć nie mogę.

Dzięki temu na ekranie auta korzystam z Map Google, bądź Waze, który jak mało co radzi sobie wyznaczaniem trasy bez korków. Jak mnie kilka dni temu Waze przeprowadził przez Warszawę w godzinach szczytu, to do teraz jestem pod wrażeniem.

Poza tym auto można wyposażyć w tempomat, podgrzewane fotele (w wersji S-Edition – z Alcantary), czy szklany dach, wpuszczający dużo światła do środka. Może nie jest to dach panoramiczny, bo nie sięga nad tylną kanapę, ale jest też znacznie większy, niż klasyczny szyberdach.

Ilość miejsca w środku też jest bardzo ok. Mam 1,9 m wzrostu i gdy ustawie fotel kierowcy komfortowo, to za mną wciąż jest na tyle dużo miejsca, że mogę się tam zmieścić. Nie mam wprawdzie przestrzeni przed kolanami, ale w takie Clio, czy Fabię, kolan nie wcisnę w ogóle. Bagażnik nie jest jakiś gigantyczny (ma 377 litrów), ale ostatnio udało mi sie upchnąć tam bagaże dla 4 osób, a każda z nich miała średniej wielkości torbę.

Wady

Zaskakuje mnie przyspieszenie do 100 km/h. W przypadku kombinacji 150 KM + automat 6 stopniowy EDC, zajmuje to 9,2 sekundy. Całkiem nieźle. Ale wersja z 6 stopniowym manualem robi to samo w 8 sekund! Nie do końca rozumiem jak nowoczesna skrzynia może przyspieszać o tyle dłużej w porównaniu do manualu.

Nie rozumiem tego tym bardziej, że automat nie sprawia wrażenia ospałego, czy wolnego. Gdyby nie dane techniczne, powiedziałbym, że jest naprawdę ok. W każdym razie pomimo 1,2 sekundy straty i tak wybrałbym automat, zamiast obowiązku ciągłego wciskania sprzęgła w korkach.

Nie ma żadnego aktywnego systemu zapobiegającego kolizjom. Pod tym względem Kona była o niebo lepsza, bo miała też bardzo dobrze działający system utrzymujący pas ruchu, który może skutecznie uratować tyłek np. w przypadku zaśnięcia za kółkiem.

I rzecz trzecia, prawy podłokietnik kierowcy jest taki sobie. Trzeba się naprawdę odpowiednio usadowić, by zmieścić na nim chociaż część łokcia. A wymaga dopłaty 300 zł. No i kamera cofania. Jest naprawdę przydatna, bo daje wyraźny obraz nawet nocą. Nie wiem tylko czemu obraz z niej jest tak mały, a dodatkowo przysłonięty rejestracją i kawałkiem nadwozia.

Ceny i podsumowanie

Captur w podstawie, z silnikiem TCe 90 KM, kosztuje 58 tys. zł. Zaś za wersję jak z obrazka, czyli dopasioną odmianę z silnikiem o mocy 150 KM, zapłacić trzeba 100 tys. zł. Jeżeli komuś jednak na wyposażeniu nie zależy, a tylko na mocnym silniku, temu wystarczy 83 tys. zł. Reasumując – Renault Captur dalej trzyma poziom. Nie jest może już tak zaskakująco dobry, jak kilka lat temu, ale trudno znaleźć w nim jakieś dyskwalifikujące wady.